Królowa jest jedna

Królowa jest jedna

w Aktualności

Trudno słowami opisać show, który przygotowała królowa. To trzeba przeżyć na własnej skórze. Spróbujemy Wam jednak przybliżyć jak wyglądał koncert Madonny, droga do Warszawy i powrót do domu.

Sam wyjazd był już wielkim przeżyciem. Pierwsze zderzenie spotkało nas na dworcu PKP we Wrocławiu. Na peronie tylko jeden temat. Które utwory zaśpiewa Madonna, ile będzie osób? Kilkanaście minut później prawdziwa walka o miejsca w przedziale. Przecież stać będziemy na koncercie, po co więc już męczyć nogi w pociągu. Tylko nieliczni pasażerowie jadący w wagonach nie mówią o królowej. Większość zastanawia się czy zdąży wejść na lotnisko Bemowo tak szybko, by widzieć gwiazdę z bliska, a nie wyłącznie na telebimach. Po kilku minutach rozmowy z pasażerami w przedziale wiemy, że nie jesteśmy sami. Aśka, Magda i Arek też jadą na koncert. Po drodze dosiadają się kolejni. Tylko dwoje z ośmiu, którzy jadą z nami nie wybiera się na Madonne. W stolicy jesteśmy około godziny 16.30. W ogólnopolskich gazetach czytamy, że na miejscu będą rozdawane ulotki informujące jak dostać się na Bemowo. Rzeczywistość szybko pokazuje, że to wyłącznie będące bez pokrycia obietnice organizatorów. Dworzec PKP w tym dniu taki sam jak w tygodniu. Nie ma nikogo i niczego, co sugerowałoby, że za kilka godzin jest mega koncert. Informacją są dla nas wyłącznie taksówkarze. Oczywiście proponują, aby skorzystać z ich usług. Ostatecznie polecają dojazd tramwajem nr 24. Na miejscu jesteśmy 45 minut później. W stronę lotniska już idą tłumy. Na chodnikach stoją „koniki". Chcą sprzedać bilety tylko za sto złotych. Wiedzą, że zaraz nie będą nic warte. My zamawiając je wcześniej płaciliśmy 220 złotych za sztukę.

Do pierwszej bramki gigantyczna kolejka. Fani ściągają z różnych stron. Przejście do kolejnej kontroli zajmuje nam blisko godzinę. Przed sceną już tysiące osób. Zajmują dogodne miejsca, tak aby widzieć Madonnę bezpośrednio lub na telebimach. Oczywiście Aśka, Magda i Arek znikają nam z oczu. Nie wierzymy, że jeszcze możemy ich spotkać. W końcu jest nas ponad 80 tysięcy. A jednak. Przed czwartą bramką wpadamy na siebie. To tak jakby znaleźć igłę w stogu siana. Mijają kolejne minuty. Za nami już tłum. Rozpoczyna się walka z czasem i bólem nóg. Ochroniarze zabierają nakrętki z butelek. Czekamy. Kilkanaście minut po godzinie 20.00 na scenie pojawia się Paul Oakenfold. To jeden z najlepszych DJ-ów na świecie. Rozgrzewa publiczność grając najnowsze i znane kawałki. Gdy znika ze sceny zapada cisza. Kolejne minuty oczekiwania. Słuchając rozmów stojących obok fanów wiemy, że do Warszawy przyjechały osoby nie tylko z Polski. Dialogi prowadzone są w kilku językach. Po angielsku, niemiecku, a nawet rosyjsku. Jak na królową przystało Madonna ma opóźnienie. Na scenę wychodzi około 21.30. Szybko zapominamy, że tak długo kazała na siebie czekać. Zaczyna się show. Z każdym utworem jest coraz lepiej. Madonna jak w transie. Patrząc na to co robi na scenie trudno uwierzyć, że skończyła 50 lat. Skacząc na skakance wygląda jak nastolatka, a nie dojrzała kobieta. Gdy na ekranach pojawia się zdjęcie małego Michela Jackosona słychać pisk i oklaski. To co robi jego sobowtór na scenie, pozytywnie poraża. Ale kulminacyjny moment dopiero ma nadejść. Samochód czy ring na scenie wydają się być czymś normalnym. Po piosence "Doli doli" wykonanej przez Cyganów Madonna przygotowuje się do wykonania utworu "You must love me". Wtedy tysiące fanów podnoszą do góry przygotowane wcześniej, wycięte z papieru białe serca. Wszyscy śpiewają „Sto lat". Królowa mówi, że nic nie rozumie. Domyśla się jednak, co to oznacza. Przecież za ponad godzinę będą jej urodziny. Śmiech tysięcy osób wywołuje pokazane na talebimie serce przygotowane przez jednego z fanów z napisem Adopt Me. Ktoś chce być adoptowany przez największą gwiazdę na świecie. Nie wiadomo kiedy mija 120 minut koncertu. Gdy na ekranie wyświetlony zostaje napis Game Over wiadomo, że to już koniec. Teraz trzeba się jak najszybciej wydostać z Bemowa. I tutaj zaczyna się kolejna historia…

Opuszczenie lotniska zajmuje nam ponad godzinę. Wierzymy w zapowiedzi, że na przystanku czekać będą specjalnie podstawione na te okazję tramwaje. Ale jak mówi przysłowie wiara i nadzieja to matka głupich. Tramwaj nr 294, którym mamy się dostać na dworzec PKP przyjeżdża wypełniony po brzegi. Mimo, że nie wjechał jeszcze na przystanek, z którego powinien rozpocząć kurs. Ach, ci miejscowi. Wiedzą gdzie iść, aby po chwili wygodnie już siedzieć w tramwaju. Na dworzec docieramy przed 1 w nocy. Zdążyliśmy jeszcze kupić bilet na pociąg pospieszny, jadący do Katowic. Co z tego, skoro ten przyjeżdża na peron pełny. Kilkaset osób nie chce jednak siedzieć na dworcu. My również. Dlatego wsiadamy. Kolejne kilka godzin jedziemy stojąc. Kilkanaście osób na kilka metrów kwadratowych. Po drodze wsiada pijany pasażer i nie mniej trzeźwy konduktor. Ten na szczęście jest już po pracy. Madonna też. Po północy , bez jednego bisa, wylatuje z Polski. Nie wiemy o której jest w domu. Mu w niedzielę o godzinie 10.00. Mimo zmęczenia i bólu nóg jesteśmy zadowoleni. Królowa jest tylko jedna.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

Ostatnie od Aktualności

Piłeś?Nie jedź!

Policjanci Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu zatrzymali mieszkańca Wałbrzycha,
Go to Top