„To publiczność tworzy atmosferę"

„To publiczność tworzy atmosferę"

w Aktualności

O tym, gdzie najlepiej gra się muzykę bluesową i swingową, czy dzisiejsza młodzież, wie kto to Frank Sinatra oraz o nowej płycie Krzysztofa Kiliańskiego – rozmowa z artystą i gwiazdą „Jazzowych Andrzejek" w Szczawnie Zdroju.

– Na koncercie usłyszeliśmy standardy jazzowe, bluesowe i swingowe. Były to nowe aranżacje legendarnych już twórców, jak Elvis Presley, Frank Sinatra, czy Rey Charles. Czy właśnie ci artyści są dla Pana inspiracją?

– Zdecydowanie tak, aczkolwiek staram się nie zamykać na nową muzykę. Przyznam się jednak, że czasami jak włączam radio, to jestem nieco zagubiony. Style się teraz bardzo wymieszały i są trudne do określenia. Hip – Hop wchodzi dzisiaj do innych gatunków muzycznych i mam problem, aby domyślić się co tacy twórcy mają na myśli. Współczesna muzyka zmieniła się w ciągu ostatnich kilku lat.

– Czy myśli Pan, że młodzi ludzie wiedzą kim był Fran Sinatra, czy Louis Armstrong?

– Nawet jeśli nie znają ich muzyki, to z pewnością same nazwiska „obiły im się o uszy". Spędziłem kiedyś pół roku na Tajwanie i zdziwiłem się, gdyż tam nawet 7-8-letnie dzieci wiedziały kto to jest Frank Sinatra i znały jego piosenki. Są w ogóle bardzo pro-amerykańscy. Dla mnie Sinatra to największy wokalista wszechczasów.

– Jest Pan pierwszy raz w Szczawnie Zdroju. Podkreślał Pan podczas koncertu, że sala uzdrowiskowego teatru robi wielkie wrażenie. Czy swinga i bluesa gra się lepiej w tak monumentalnych obiektach, czy powinny to być jednak przydrożne knajpy, z gęstą od dymu papierosowego atmosferą i przepełnione zapachem whiskey?

– Przyznam, że kiedyś tak sądziłem. Po czasie stwierdzam jednak, że to nie prawda. To publiczność tworzy atmosferę oraz artysta, który znajduje się na scenie. Jeżeli ta relacja zachodzi poprawnie, to nie ma nic piękniejszego. Nie wyobrażam sobie wyjść na deski za karę, „odbębnić" koncert i pójść do domu. Staram się wydać z siebie najpiękniejsze dźwięki i wyciągnąć maksimum swoich możliwości. Podczas tego koncertu publiczność była wspaniała i mam nadzieję, że udało mi się przemycić podczas występu pewne emocje, które udzieliły się również gościom. Cieszę się także, że była pełna sala, a to się rzadko zdarza w dzisiejszych czasach.

– Nie będę zachwalał pana głosu, gdyż jest to sprawa oczywista, chciałbym jednak spytać o akcent. Gdzie nauczył się pan takiej „angielszczyzny"?. Czasem śpiewa Pan jakby pochodził z delty Mississippi, gdzie blues ma swoje korzenie. Jak po raz pierwszy usłyszałem utwór „I Don"t Know Where Life"s Going", to myślałem, że to jakiś amerykański standard, który umknął mojej uwadze.

– Nigdy nie uczyłem się angielskiego. W szkole obowiązkowy był oczywiście język rosyjski. Wtedy nie było żadnej alternatywy. Później próbowałem francuskiego, ale z marnym skutkiem. Języka angielskiego uczyłem się od dziecka oglądając filmy. Przyznaję, że jestem kino-maniakiem i słysząc oryginalną wersję oraz czytając napisy, człowiek uczy się najszybciej. Oczywiście muzyka miała duży wpływ na mój akcent. Mieliśmy w Polce wyśmienitych radiowców i audycje, w których tłumaczyli utwory. Właśnie z nich się uczyłem, gdyż nigdy nie odwiedziłem Stanów Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii.

– Od wydania Pana anglojęzycznej płyty „In the Room" minęło już kilka lat. Jesteśmy przed premierą nowego wydawnictwa. Jaki będzie ten album?

-Będzie śpiewany po polsku i mam nadzieję, że ciekawy. Trudno określić tę płytę stylistycznie. Myślę, że można ją „włożyć na półkę" z muzyką pop. Będzie jednak zabarwiony jazzem i bluesem, a nawet fokiem. Ten album z pewnością będzie się różnił od pierwszego.

– Dziękuję za rozmowę.

 

 

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

Ostatnie od Aktualności

Piłeś?Nie jedź!

Policjanci Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu zatrzymali mieszkańca Wałbrzycha,
Go to Top