Kruszymy kopię o nic

Kruszymy kopię o nic

w Aktualności

Projektuje sukienki, reżyseruje opery i od jakiegoś czasu nie może opędzić się od przygód. O księżnej Daisy, Afryce i inspiracji rozmawiamy z Anną Długołęcką.

– Miniony rok był dla ciebie bardzo intensywny – miałaś na głowie Toscę, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Mieliśmy okazję zobaczyć pokaz Film Music & Fashion. Były to rzeczy nowe, świeże dla Wałbrzycha. Co one oznaczały dla ciebie?

– Były dobrym wyzwaniem. Tak naprawdę było w tym dużo innowacyjności, dużo testowania . Były kolejnym krokiem realizacji w głąb eksperymentowania, próby ubrania myśli w nową formę. Uwielbiam współpracować z osobami, które nie są zawodowcami. Z takich ludzi zarażonych ideą wypływa czysta, pozytywna energia, dają sto procent siebie. To było piękne, myśl która ubrana zostaje przez każdego w jego wrażliwość i własny przekaz. "Tosca" na długo pozostała w świadomości ludzi, którzy pytali zresztą, czy będą jej wznowienia. Przy tym przedsięwzięciu bardzo ciężko pracował cały zespół Filharmonii Sudeckiej. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona takim odbiorem. 

– Wałbrzych nie jest dla ciebie łatwym miastem, nie zawsze czułaś się tutaj dobrze. Te dwa przedsięwzięcia i świadomość, że można tutaj zrobić coś fajnego, jakoś to zmieniły?

– Muszę przyznać, że czuję się tutaj …. nie za dobrze. Jestem estetką, do życia potrzebuję kolorów. Z drugiej strony jest to pewna niesamowitość tego miejsca, dlatego że im bardziej chcę się stąd wyrwać, to wpadają mi nowe pomysły do głowy, które wydają się być idealne i jakby stworzone do tej właśnie przestrzeni. Takim nowym pomysłem jest nagranie teledysku. Filharmonia Sudecka już po raz czwarty organizuje Festiwal Piosenki Dziecięcej i chcemy w ramach promocji festiwalu nagrać teledysk. I nagle Wałbrzych architektonicznie i stylistycznie okazuje sie doskonały! Surowość ścian, pokopalniane formy to raj kompozycji w ujęciu światowego wręcz snobizmu. Przeciwwagą podkreślającą i dopełniającą są przepiękne widoki, a całość połączona modnie, kolorowo ucharakteryzowanymi dziećmi tańczącymi radośnie – nie wiem czy istnieją gdzieś tak skrajne wykluczenia, które uważam, w efekcie dadzą dawkę fascynującej harmonii.

– Jest też również pewna postać, która do ciebie wraca. Wiesz o kogo pytam. Mówię o Księżnej Daisy…

Ona mnie prześladuje (śmiech). Sama z tego drwię, ale są momenty kiedy chcę lekceważyć wszystko, co dociera do mnie intuicyjnie. Kiedyś byłam osobą, która na słowo inspiracja wybuchała śmiechem. Myślę, że pan Bóg karze ludzi tym, że daje im do zrealizowania dokładnie to, w co wątpią. Bawi mnie historia z Daisy. Pewnego dnia wpadłam na pomysł zrealizowania przedstawienia. No więc robimy przedstawienie, ale gdzie? Szukaliśmy ciekawego miejsca i wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić je na terenie amfiteatru, który znajduje się w Książu. Pojechałam tam z dyrektorem Mikulskim. Doszliśmy do miejsca porośniętego wysoką trawą, był tam stary, wysoki mur. I nagle zaczęły docierać do mnie niesamowite obrazy – biała kobieta przechadzająca się po tym murze i samobójstwo. To było coś niesamowitego. Nieważne są te obrazy, natomiast energia, która im towarzyszyła. Byłam po prostu przerażona. Wtedy powiedziałam, że zrobimy spektakl o Daisy. Pomyślałam, że sukienka będzie z pereł. Dyrektor spytał dlaczego właśnie o Daisy. Nie wiem – odpowiedziała – ale czuję, że ta kobieta strasznie cierpiała. Wyobraź sobie, że ja o niej wtedy kompletnie nic nie wiedziałam. Wróciłam później do domu i dopiero wtedy zaczęłam czytać o Daisy. Doznałam kompletnego szoku, kiedy okazało się, że istnieje ta cała tajemnica ze sznurem pereł, i że ona naprawdę była niesamowicie nieszczęśliwa, niespełniona, że nazywano ją białą damą… Nie uwierzysz, to był koniec czerwca – jej 66 rocznica śmierci. Również sposób, w jaki Daisy pisała swoje pamiętniki, był mi bardzo bliski. Wiele razy myślałam sobie, że ona formułowała swoje myśli w taki sposób, w jaki ja bym to zrobiła. Najgorszą rzeczą w tym wszystkim jest to, że umarła jako kobieta niespełniona. Bardzo chciałabym zebrać pamiątki związane z księżną Daisy. Zwracam się z ogromna prośbą do wszystkich osób, które posiadają jakiekolwiek rzeczy z nią związane i chciałyby je sprzedać.

– Sukienki made by Długołęcka są bardzo charakterystyczne. Jak zaczęło się twoje projektowanie?

Studiowałam zarządzanie i marketing. Przyszedł moment, w którym zdałam sobie sprawę, że to jednak nie jest to. Moja mama miała bzika na punkcie kompozycji, strojenia się. Uwielbiałam przyjeżdżać do mojej babci, która miała setki torebek, butów, sukienek ręcznie malowanych. Z kolei mój dziadek był rzeźbiarzem. Druga babcia uwielbiała robić na drutach. Robiła to godzinami. Ja wyrastałam w takich właśnie tradycjach. Połączyłam więc rzeźbę, robienie na drutach i modę. Moje sukienki to przestrzeń, zabawa fakturą i rzeźba.

– Trzy lata spędziłaś w Afryce. To był wyjazd podyktowany poniekąd twoim projektowaniem sukienek. Jak wspominasz ten okres?

Zawsze ciągnęło mnie w stronę pierwotnych poczuć, doznań, sztuki. Chciałam dotrzeć do swojego wnętrza i zastanowić się, kim tak naprawdę jestem, chciałam przeanalizować całą siebie bez środowiska, bez mediów, bez społeczeństwa. Zawsze mnie to fascynowało. Miałam kolegę, który powiedział mi kiedyś, że zna przesympatyczną ambasador RPA, i że mogłabym zaprosić ją na pokaz. Poszłam do ambasady i przedstawiłam sprawę. Powiedziałam, że chciałabym otrzymać jakieś informacje dotyczące ludów zamieszkujących to miejsce. Specyfika, różnorodność w Południowej Afryce jest niesamowita. Tam jest jedenaście języków urzędowych. Fascynowała mnie plemienność, kolorystyka, wzornictwo, zachowania, kultura. Dostałam wtedy książki. W domu wzięłam jedną z nich i otworzyłam na pewnej stronie. Była na niej kobieta o wielkich oczach, obsypana koralami, biżuterią. Zamarłam nad tym zdjęciem. Nie wiem ile czasu to trwało. Wtedy postanowiłam, że chcę jechać. Po obejrzeniu fotografii zajęłam się szukaniem informacji dotyczących plemienia, z którego pochodziła, czyli Ndebele. To był obrót o 180 stopni. To stało się na zasadzie: przekonaj się i zobacz czym jest to, w co wątpiłaś. Przygotowałam wyjazd, zorganizowałam nawet ekipę telewizyjną. Wpadłam na pomysł, żeby znaleźć w Afryce dziewczyny, ustylizować je, ubrać w te sukienki i zrobić sesję fotograficzną. Przy okazji wejść w tak zwane plemię i pomieszkać trochę z tymi ludźmi. Przeżywać wspólnie. Dotknąć takiej najczystszej formy życia, która ma możliwości realizacji jedynie w warunkach kompletnie naturalnych, oderwanych od cywilizacji. Miesiąc przed wyjazdem wycofał się nasz sponsor. Postanowiłam więc, że pojadę tam sama. Nie udało mi się co prawda dotrzeć do Południowej Afryki z przyczyn czysto ekonomicznych, ale znalazłam się w Zimbabwe. To jest kraj ekonomicznie zrujnowany. Ma fatalną opinię, ale nie jest tam aż tak niebezpiecznie, jak się o tym mówi. Jest ciężko – nie ma paliwa, jedzenia. W latach siedemdziesiątych dolar był najmocniejszą walutą na świecie, a kopalnie diamentów, złota czy plantacje, którymi zarządzali biali w Zimbabwe były źródłem ogromnych zysków. Przewrót w latach osiemdziesiątych spowodował, że wszystko zaczęło upadać. Odebranie władzy białym i jednoczesne przekazanie jej rdzennym mieszkańcom, którzy byli do tego zupełnie nieprzygotowani, był pomysłem bez strategii. Niesamowita w Zimbabwe jest jednak społeczność. W prawie każdym kraju w Afryce plemiona walczą ze sobą. Mieszkańcy Zimbabwe potrafią jednak żyć w zgodzie. Ndebelczycy są bardziej wojowniczym plemieniem, ale kiedy Shona rozpoczynają rozmowę, Ndebelczycy się wycofują. Podróże po Afryce dały mi możliwość obcowania z naturą, znalazłam to, czego szukałam. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie wodospady Wiktorii, zaliczane do naturalnych cudów świata – uskok tektoniczny na długości kilometra dwustu metrów. W każdym takim miejscu na świecie byłyby tysiące turystów, a tam są kompletne pustki. Potęga tego wodospadu wprowadza człowieka w niesamowity trans. To bardzo niebezpieczne. W pobliżu wodospadu jest zupełnie dziko, nie ma żadnych zabezpieczeń. Dzięki Afryce zrozumiałam jak niesamowitą siłę ma w sobie człowiek, i że zawsze sobie poradzi. Uważam, że każdy powinien tam pojechać i zrozumieć co tak naprawdę jest ważne. Tam przestajemy być drobiazgowi, dostrzegamy nadrzędność. Na co dzień kruszymy kopię o nic. Afryka nauczyła mnie, żeby się nie bać, nie ma bowiem sytuacji bez wyjścia. Nauczyłam się czerpać z życia i cieszyć się tym, co niesie ze sobą kolejny dzień i marzyć – najbardziej nieracjonalnie jak się da!

 

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

Ostatnie od Aktualności

Powiatowa baza coraz większa

Starosta Krzysztof Kwiatkowski i Marek Masiuk, członek zarządu Powiatu Wałbrzyskiego  odebrali kolejny

Inwestują w sprzęt

Dzięki środkom otrzymanym z Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych Powiat Wałbrzyski rozbudowuje bazę
Go to Top